Piątek trzynastego

- Wiesz, jaki jest jutro dzień? – zapytała Justynę jej współlokatorka, Ewelina, gdy obie przyjaciółki siedziały w kuchni jedząc kolację.
- Piątek – odparła Justyna – początek weekendu.
- Nie tylko. To piątek trzynastego. Najbardziej pechowy dzień.
- E tam. W bajki wierzysz. Ja tam nie boję się czarnych kotów, drabin, ani trzynastki w kalendarzu, nawet w piątek. Głupi, kto wierzy w zabobony, a ty chyba głupia nie jesteś? – Justyna zbagatelizowała słowa Eweliny.
- Chyba masz rację – bez entuzjazmu przyznała Ewelina.
Justyna wstała od stołu i rzuciła w stronę swej przyjaciółki:
- Zamawiam pierwsza łazienkę!
Pobiegła do swego pokoju po przybory toaletowe i pewien biały gadżet, którego nauczyła się “używać” kładąc się spać. Okazało sie jednak, że paczka ukryta pod łóżkiem jest pusta.
“Jutro muszę pójść do apteki” – pomyślała Justysia – “A dziś muszę obejść się bez pielusi”.

Rano Justyna obudziła się, spojrzała na telefon komórkowy, który pełnił funkcje zegarka i budzika i zamarła: ujrzała czarny ekran, znak wyczerpania się baterii.
“Cholera, zapomniałam go wczoraj podłączyć” – pomyślała.
Wstała i poszła do kuchni, aby zorientować się, która jest godzina. Było dobrze po 7, więc nasza bohaterka miała mało czasu na poranną toaletę i śniadanie. Właśnie: toaleta! Justyna poczuła potworne parcie na pęcherz. Pobiegła do łazienki, szarpnęła za klamkę i dopiero teraz zobaczyła, że wewnątrz świeci się światło. Ewelina była w środku, drzwi zamknęła na zasuwkę i jakby nigdy nic brała prysznic. Justyna podrygiwała pod drzwiami, ale próby wywołania przyjaciółki spełzły na niczym. W końcu dziewczyna nie mogła już dłużej wytrzymać i… potoki ciepłego porannego moczu zalały jej majteczki i spodnie od piżamy, kończąc swą drogę w ulubionych kapciach Justysi.
Justynka wrócła do swego pokoju po czyste rzeczy, nasłuchując jednocześnie czy Ewela nie wychodzi z łazienki. Aby ukryć przed swą przyjaciółką, że zsikała się w majtki, założyła szlafrok, który okrywał mokre miejsce dość dobrze. Gdy ponownie wyszła z pokoju trafiła na wracającą do siebie Ewelinkę. Ta spojrzała na swą koleżankę i ni to pytając, ni to oznajmiając rzekła:
- Widzę, że ty też… A mówiłam: piątek trzynastego.
Justyna puściła mimo uszu tę uwagę swej współlokatorki bo spieszyła się do pracy. Szkoda, bo gdyby wsłuchała się dokładniej wiedziałaby, że Ewelina też zsikała się w majtki: miała jeden z tych dziwnych snów o poszukiwaniach kibelka i obudziła się w trakcie siusiania. Spodnie od piżamki były już dobrze zmoczone, ale łóżko szczęśliwie ocalało!
Justynka wreszcie doprowadziła się do porządku, zjadła szybkie śniadanie, wypiła obowiązkową kawę i wybiegła do pracy, a Ewelina kilkadziesiąt minut później wyszła na wykłady.
Justynka, jak pamiętamy, miała zawsze ogromną słabość do kawy. Tego dnia, gdy tylko do biura wszedł prezes Wysocki, zaraz odezwał się do naszej bohaterki:
- Panno Justyno, proszę przygotować dwie kawy. Tylko żeby były mocne i gorące… – pan Cezary chciał zakończyć “jak pani”, ale uznał, że mogłoby to zostać źle odebrane przez jego uroczą asystentkę.
- Dla kogo ta druga kawa? – zapytała Justyna
- Dla pani, panno Justyno. Przecież pani wie, że nie lubię sam pić kawy.
“Cudak” – pomyślała po raz niewiadomo który Justysia, ale przywykła już do dziwactw swego pryncypała. Zaraz też zaparzyła dwie wonne, mocne i aromatyczne kawy, z których jedną wniosła do gabinetu prezesa, lecz ten zaraz rzekł:
- Nie, nie, nie, panno Justyno, proszę przynieść obie kawy. Wypijemy tu. Chcę z panią omówić pewną sprawę.
Justynka posłusznie postawiła kawę prezesa na stole konferencyjnym i wyszła do sekretariatu po swoją. Gdy wróciła prezes polecił jej zająć miejsce naprzeciwko siebie i rzekł:
- Panno Justyno, muszę wysłać panią z misją specjalną.
- W syberyjską tajgę? – zażartowała asystentka szefa
- Nie, aż tak daleko nie mam zamiaru pani posyłać. Co ja bym bez pani zrobił, panno Justyno – roześmiał się pan Cezary – pojedzie pani do Urzędu Miasta, tam odszuka referenta Malinowskiego, Ryszarda, o ile dobrze pamiętam, albo Roberta…, nie – Ryszarda. On da pani dokumenty. Poufne dokumenty, które zaraz odwiezie pani do naszego radcy prawnego. Zostawi pani te dokumenty w jego kancelarii i odtąd ma pani weekend. Do firmy może pani już dziś nie wracać.
- Gdzie jest haczyk? – zapytała Justyna
- Bystra z pani osoba, panno Justyno! – rzekł z uznaniem prezes – Haczyk polega na tym, że referent Malinowski nie wie, że pani dziś przyjedzie i może być w terenie. Ale wróci najpóźniej o 13.
- Czy mam już wyjeżdżać? – zapytała jeszcze dziewczyna
- Nie. Najpierw wyśle pani całą korespondencję, a potem niech tu przyjdą Marczak i ten nowy technolog, ciągle zapominam jak on się nazywa. Kiedy z nimi skończę, będzie pani mogła jechać. A tak przy okazji: zrobiła pani to prawko?
- Tak, ale jeszcze nie odebrałam – skłamała Justyna, bo w istocie już od kilku dni była szczęśliwą posiadaczką Prawa Jazdy, ale nie siedziała jeszcze samodzielnie za “kółkiem” i wolałaby aby prezes oddelegował dla niej któregoś z kierowców.
- Dobrze, w takim razie Artur panią zawiezie do Urzędu, ale do kancelarii radcy musi się pani dostać we własnym zakresie.
“Dobre i to” – pomyślała Justynka. Dopiła kawę i wyszła zająć się wysyłką korespondencji. Szło jej to dość sprawnie, ale że ilość listów była dość pokaźna, zdążyła zrobić sobie jeszcze jedną kawę, którą też wypiła. Wreszcie zakończyła adresowanie kopert i mogła wezwać inżyniera Marczaka oraz młodego technologa – Pawła Zająca do prezesa.
- Inżynierze Marczak, pan prezes prosi – Justyna zauważyła, że za każdym razem gdy ma poprosić Marczaka używa tego samego zwrotu.
“Zaczynam dziwaczeć jak prezes” – pomyślała, tymczasem w słuchawce rozległ się głos Marczaka:
- Natychmiast?
- Tak. I ma z panem przyjść pan Zając.
Obaj wezwani zjawili się po kilku minutach.
- Nie wie pani czego “stary” od nas chce? – zapytał inżynier Marczak.
- Chyba znów chodzi o tę nową maszynę – odrzekła Justyna i zauważyła, że Paweł Zając jakby zbladł.
Ale na szczęście sprawa dotyczyła czegoś innego, bo obaj wyszli szybko z gabinetu pana Wysockiego i nie pożegnawszy się nawet z Justyną wrócili do swoich działów. Do Justyny zaś zaszedł prezes i rzekł:
- To wygląda na to, że koniec na dziś, panno Justyno. Zaraz wezwę Artura i jedźcie.

W tym samym czasie Ewelina zakończyła pierwszy wykład i razem z koleżankami i kolegami z roku weszła do bufetu aby przekąsić cos na szybko. Wszyscy wypili też sporo napojów z automatu, gdy nagle jeden z kolegów zaproponował:
- A może walniemy sobie po piwku? Tych dzisiejszych wykładów nie da się słuchać na trzeźwo!
Na tę propozycję wszyscy studenci zareagowali aprobująco. Czasu mieli jeszcze sporo, bo przerwa miedzy pierwszym, a drugim wykładem wynosiła aż 1,5 godziny. Potem mieli jeszcze jeden wykład, ale już bez takiego “okna”. Poszli więc do klubu. Zamówili po dużym jasnym. Wypili. Ewelina chciała już iść, ale koleżanki zaczęły ją namawiać na jeszcze jedno. Uległa. Zamówili znów po dużym. Wypili. Czas szybko zleciał. Trzeba było iść na wykład. Ewelina na wszelki wypadek zakupiła sobie jeszcze wodę mineralną, bo wierzyła (naiwnie) że pijąc wodę rozrzedza się alkohol we krwi i człowiek nie upija się.
Wykład był ciekawy, wcale nie jeden z tych, których “nie da się słuchać na trzeźwo”. Ewelina jednak miała dość słabą głowę i czuła, że na skutek temperatury w auli wypite piwa uderzają jej do głowy. Nie mogła sięgnąć po wodę, bo profesor miał ją na widoku, poza tym lubiła ten przedmiot i notowała, oczywiście na tyle, na ile pozwalał jej stan nietrzeźwości, w który coraz bardziej popadała. Szczęśliwie profesor miał zwyczaj robić 5-minutową przerwę po 45 minutach wykładu, co nie było normą na Wydziale Zarządzania, na którym studiowała Ewelina. Dziewczyna mogła więc wreszcie napić się wody. W niczym to nie zmieniło jej stanu, ale poprawiło samopoczucie. Kiedy wykład dobiegł końca, Ewelina zaczęła zastanawiać się, czy zostać na ostatnim. Był nudny jak flaki z olejem, a w dodatku z tego przedmiotu nie było egzaminu tylko zaliczenie. Zdecydowała się zostać. Jednak nie chciało się jej notować, w dodatku w głowie miała lekkiego “szmergla”, wobec czego siadła w ostatnim rzędzie, wyjęła komórkę, która miała funkcję dyktafonu, między kolana wstawiła swoja wodę i tak wyposażona czekała na początek wykładu. W jego trakcie popijała wodę, ale tak by nikt tego nie widział. Gdy wykład się skończył, butelka była opróżniona…
Justyna bez trudu dotarła do Urzędu Miasta. Miała też dużo szczęścia – referent Ryszard Malinowski dopiero wybierał sie w teren. Gdy nasza bohaterka wpadła jak bomba do jego gabinetu, ten tylko spojrzał i rzekł:
- Od pana Wysockiego? Proszę, tu są te papiery. Do widzenia. – podał Justynce teczkę z dokumentami i zanim Justyna mogła coś powiedzieć, już go nie było.
Dziewczyna wybiegła z gmachu magistratu i miała nadzieję, że na parkingu zastanie jeszcze Artura i służbowego opla, ale już go tam nie było. O tym, by jechać autobusem nie było mowy. W tych godzinach kursowały one bardzo kiepsko i jeśli Justynka miałaby pecha, mogłaby czekać nawet 40 minut. Podeszła więc do postoju taksówek.
- Ile kosztowałby kurs na ulicę… – podała adres kancelarii radcowskiej, do której miała dostarczyć dokumenty.
- Myślę, że nie więcej jak 15, może 20 złotych jeśli byłyby korki.
- Jedziemy – zdecydowała Justyna.
Kiedy dotarli pod wskazany adres, okazało się, że kurs kosztował nawet mniej niż 15 złotych, co zadowolona Justyna odebrała jako kłam zadany “feralności” bieżącej daty! Za “zaoszczędzone” pieniądze kupiła sobie oczywiście kawę w automacie stojącym na parterze biurowca.
- Przepraszam, gdzie znajdę kancelarię radcy – podała nazwisko prawnika
- Na VI piętrze, pokoje 601 – 604 – odrzekła uczynna recepcjonistka Monika (takie imię miała na plakietce) i dodała – winda jest za tym filarem.
Justyna podeszła do windy. Biurowiec, w którym się znajdowała był najnowocześniejszy w mieście, toteż i winda stanowiła nieomal ósmy cud świata. W pierwszej chwili nasza znajoma bała się wręcz, czy będzie umiała obsłużyć to urządzenie, ale udało się. Znalazła się na właściwym piętrze. Odszukała kancelarię, co nie było zbyt trudne i weszła do sekretariatu. Radcy nie było, ale też pan Cezary nie kazał Justynie widzieć sie z nim. Miała jedynie zostawić papiery w biurze.
- Dzień dobry – pozdrowiła sekretarkę – nazywam się Justyna Zielińska i przyjechałam z firmy pana Cezarego Wysockiego z dokumentami dla pana mecenasa.
- Wiem. Proszę mi je zostawić. Mówi pani, że jak sie nazywa? – zapytała jeszcze sekretarka radcy prawnego.
- Justyna Zielińska.
- A ja: Justyna Czerwińska – ciekawy zbieg okoliczności, prawda?
- Rzeczywiście – Justyna przyjrzała się siedzącej za biurkiem swojej imienniczce i wydało się jej, że jest również jej rówieśniczką. – Pani ma 24 lata?
- 25 – poprawiła – pani pewnie 24? Dlatego pani… a właściwie to możemy sobie mówić po imieniu, bo pewnie nie raz jeszcze tu przyjedziesz, a więc dlatego pytałaś o mój wiek?
- Uhm – przytaknęła Justynka.
- Napijemy się kawy? – zaproponowała nowa znajoma naszej Justyny.
- Kawy i pacierza nigdy nie odmawiam – rzekła ochoczo Justysia, zapominając że to czwarta kawa tego dnia. Justyna ubrana była tak, jak zazwyczaj chodziła do pracy – w jasny garnitur i buty na średnim obcasie. Miała też na sobie bieliznę z koronki, podobną do jej ulubionych majteczek, skradzionych przez psychola, który kiedyś napadł Justynkę w jej mieszkaniu. Teraz nie myślała jednak o niczym, tylko o kawie. Okazało się, że Justyna Czerwińska jest taką samą miłośniczką kawy, jak nasza bohaterka.
- Jaką kawę ci zrobić? – zapytała i wymieniła całą litanię kaw do wyboru.
- Czekoladową – Justynka aż się oblizała.
- Świetny wybór, to także moja ulubiona – odrzekła druga Justyna.
Kiedy kawy znalazły się w żołądkach obu Justyn, ta z kancelarii zapytała:
- Nie musisz wracać do siebie?
- Nie. Miałam tylko dostarczyć te papiery i jestem wolna jak ptak!
- Mój dziadek mówił: wolna jak dzika świnia, ale ja też wolę “ptaka”. To miłego weekendu i do zobaczenia.
- Pa – rzekła “nasza” Justyna i wyszła do holu.
Idąc myślała o piątku trzynastego, o tym, co stało się rano i ze zdziwieniem skonstatowała, że wypiła cztery kawy i wcale nie chce się jej siku! Weszła do windy, nacisnęła guzik oznaczony cyfrą 0 i czekała aż winda ruszy. Drzwi zasunęły się i dźwig zaczął opuszczać się w dół. V piętro, IV, III… Nagle coś szarpnęło windą i ta zatrzymała się między III, a II piętrem biurowca. Justyna najpierw usiłowała uruchomić dźwig, naciskając kilka razy guzik z zerem. Ale nic to nie dało. Spanikowała! Zaczęła walić pięściami w drzwi, ale te ani drgnęły. Justyna ze zdenerwowania poczuła nagle silne parcie. Tak było zawsze. Czy to na konferencji, czy to podczas nauki jazdy – stres zawsze wywoływał u Justysi potrzebę zrobienia siku. I nie zawsze czekał, aż ta znajdzie się w stosownym do tego miejscu! Justyna zaczęła nerwowo przebierać nogami.
“Co tu robić, winda stoi, nie wiadomo kiedy ruszy, mi sie chce siku i to coraz bardziej…” – myślała nerwowo, a im więcej o tym myślała, tym mocniej czuła potrzebę fizjologiczną. Poza tym była zła na sama siebie, że nie sprawdziła zapasu pieluszek i pozwoliła na to, aby skończyły sie w chwili, gdy naprawdę jednej z nich potrzebowała…
Nagle na konsoli sterującej ujrzała przycisk alarmowy. Po wciśnięciu zgłaszał się konserwator wind. Nacisnęła właściwy guzik
- Halo – odezwał się mrukliwy głos – Która winda stanęła?
- Ta w biurowcu – Justyna podała miejsce, skąd dzwoni.
- Dobra. Wysyłam serwis – odburknął głos
- Kiedy przyjadą – zapytała Justyna, ale odpowiedzi juz nie usłyszała.
Justynie zaś coraz mocniej chciało sie siku i to nie tylko z powodu stresu, ale po prostu z nadmiaru kawy. Zaczęła uciskać swe dolne rejony to lewą, to prawą ręką, krzyżować nogi, kucać, jednym słowem robić wszystko to, co Anglosasi nazywają “pee pee dance”. Po pół godzinie takiego czekania Justynka wiedziała już, że dłużej nie wytrzyma. Mogła oczywiście zsunąć spodnie i majtki i po porostu kucnąć w rogu windy, ale przypomniała sobie filmik widziany w sieci, w którym kilka dziewczyn zostało sfilmowanych na takiej czynności przez monitoring zainstalowany w windzie. Wolała tego uniknąć. Ale parcie było juz nie do zniesienia. Justynka pomyślała o swym garniturze, który trzeba będzie oddać do pralni i to bez gwarancji, że go dopiorą, ale cóż… Puściła od razu na całego. Pęcherz opróżnił się w kilkanaście sekund. Spodnie Justyny przedstawiały żałosny widok: plama obejmowała cały tyłeczek, obie nogawki z tyłu i od wewnętrznej strony, a także krocze i sięgała do połowy suwaka w rozporku. Ledwie skończyła siusiać, winda nagle ruszyła i po kilku sekundach otworzyły się drzwi. Była na parterze, a na wprost niej dwóch mechaników, którzy ściągnęli dźwig na dół. Justyna spąsowiała na ich widok, a po chwili usłyszała:
- Panienka uciekła ze żłobka? – to odezwał się pierwszy z mechaników. Drugi rechotał jak żaba.
Justyna nie wiedziała, gdzie oczy podziać, natomiast mechanicy jeszcze jakiś czas komentowali niezwykły widok, a słowa: “zsikała się w majtki”, “zlała się jak dziecko”, “pieluchy niech zakłada jak nie umie utrzymać” itp. dolatywały jej uszu stanowczo za często. Na szczęście ujrzała przed sobą strzałkę informującą, że na lewo od miejsca gdzie stała znajdują się toalety. Justynka pobiegła tam, aby jak najprędzej uwolnić sie od złośliwych komentarzy. Biegnąc sięgnęła do torebki i wygrzebała z niej komórkę. Na szczęście w domu zdążyła dość podładować baterię. Wybrała numer Eweliny. W tym momencie odnalazła toalety. Weszła do damskiej i zajęła jedną z kabin. Połączyła sie z numerem Eweliny, ale odpowiedzią był sygnał “numer zajęty”. Odczekała chwilę…

W tym czasie, gdy Justyna przeżywała ostateczną kompromitację, Ewelina była w drodze do domu. Po wykładzie natychmiast poszła na przystanek, zupełnie ignorując fakt, ze wypiła dwa piwa i 1,5 litra wody, a wszystkie te płyny zostały już przefiltrowane przez jej układ trawienny i znalazły sie w pęcherzu moczowym. Autobus przyjechał prawie natychmiast i dziewczyna aż musiała dobiegać do przystanku. Gdy była już w połowie swej drogi do domu, pojazd nagle stanął. Za szybą coś się działo: słychać było klaksony, panował jakiś niezwyczajny chaos. No tak: na ten dzień zapowiadano protest taksówkarzy. Mieli na pół godziny zablokować śródmiejską arterię. Ewelina nie wiedziała ile czasu już protest trwał. Okazało się, że dopiero co się zaczął! Stali 25 minut. W tym czasie dziewczyna zaczęła odczuwać silną potrzebę skorzystania z miejsca, do którego nawet królowie chadzali na piechotę! Z początku próbowała to ignorować. W końcu nie pierwszy raz znalazła się w desperacji i jakoś z tego wychodziła…
“O nie! Przecież już kilka razy zdarzyło mi się nie wytrzymać” – pomyślała nagle. Ale już po chwili jej myśli pobiegły zupełnie w inna stronę: miała dziś późnym popołudniem zaplanowaną randkę z Michałem! Wprawdzie chłopak był nudny (Justyna twierdziła, że jak większość księgowych), ale Ewela kontynuowała znajomość, bo dostrzegała w nim wartościową i interesującą osobę. Zaraz jednak na myśl przyszło jej ich pierwsze spotkanie i znów poczuła ucisk w okolicy majteczek. Była zadowolona z dwóch powodów: po pierwsze miała na sobie ciemne i luźne jeansy, a po drugie założyła zwykłą bawełnianą bieliznę, która w razie “wypadku” wchłonie więcej niż koronki. Kiedy wreszcie taksówkarze odblokowali miasto i można było kontynuować podróż, Ewelina nie myślała już czy się zsika, ale kiedy. Wiedziała, że do domu nie zdąży. Spojrzała na zegarek. Do planowanej randki została już mniej niż godzina, a ona nie dojechała jeszcze do domu, nie mówiąc o przygotowaniu się do wyjścia. Autobus wolno zbliżał się do jej przystanku. Wolno, bo na ulicach były potworne korki spowodowane niedawno zakończoną blokadą. Ewelina poczuła kolejny skurcz i wiedziała, że to już koniec… próbowała jeszcze walczyć, ale walka była z góry przegrana, bo jej mięśnie były osłabione i przez zbyt długie trzymanie, i przez alkohol. Zsikała się, a mocz po siedzeniu autobusu spłynął na podłogę i tam rozlał sie w sporą kałużę. Na jej spodniach rzeczywiście trudno było cokolwiek dostrzec, ale potoku na fotelu i plamy pod nogami nie dało sie nie zauważyć i kilku pasażerów zwróciło ciekawskie oczy ku naszej bohaterce. Ta udawała że nic się nie stało i z zupełną obojętnością patrzyła w okno.
Wreszcie dotarła na swój przystanek, ale o tym by iść na randkę nie mogło być już mowy. Zadzwoniła do Michała i odwołała spotkanie. Powiedziała mu dokładnie dlaczego to robi, wiedziała bowiem, że Michał lubił gdy dziewczyna zsikała się w majtki.
- Dlaczego nie przyjdziesz na spotkanie tak jak jesteś? W mokrych majtkach i pewnie z plamą na spodniach… – usłyszała głos Michała w słuchawce telefonu.
- Bo dziś jest piątek trzynastego. Mnie spotkał pech, bo się zsikałam w majtki, a ciebie, bo tego nie zobaczysz. – wyjaśniła Ewelina.
Michał jeszcze prosił, zaklinał i przez kilka następnych minut namawiał Ewelke, aby nie rezygnowała ze spotkania tylko dlatego, że zrobiła siku w majtki, ale ta była głucha na jego prośby. Chciała szybko przebrać się w suche rzeczy. Nagle znów zadzwoniła jej komórka. Tym razem była to Justyna.

- Hej, stało się coś? – zapytała, ale usłyszała najpierw serię wyrzutów typu “co ty robisz, nie mogę się do ciebie dodzwonić od 10 minut…”
Najwyraźniej Justyna miała zły dzień, bo w takich sytuacjach miewała podobne słowotoki, wreszcie dała Ewelinie dojść do słowa, więc ta powtórzyła pytanie:
- Stało sie coś, gdzie jesteś?
- Stało się. Jestem w biurowcu – Justyna podała dokładny adres – Zsikałam się i potrzebuję…
- Co zrobiłaś? Zsikałaś się? Teraz?
- 20 minut temu. Zacięłam się w windzie, nie wytrzymałam i zsikałam sie w majtki. Czemu cię to dziwi?
- Bo ja kilkanaście minut temu zsikałam się w autobusie. – odparła Ewelina
- Co? I gdzie teraz jesteś? – pytała Justyna
- Idę do domu zmienić majtki – wyjaśniła jej wprost przyjaciółka.
- Pomóż mi! – błagała Justyna – Ja nie mogę wyjść na ulicę. Już i tak ośmieszyłam sie przed serwisantami od wind!
W tej chwili Justynka znów poczuła, że musi siku i było jej wszystko jedno. Kiedy skończyła, a rozmowa z Eweliną jeszcze trwała, dodała – Pomóż mi. Właśnie zsikałam się kolejny raz.
- Piątek trzynastego – odrzekła Ewelka i rozłączyła się. Wysłała jednak po chwili smsa do swej przyjaciółki, że jak tylko doprowadzi się do stanu używalności to po nią przyjedzie i przywiezie jej coś na przebranie.
Zjawiła się po ponad godzinie. Ale Justynka i tak była jej wdzięczna. Postanowiła też, ale głośno tego Ewelce nie powiedziała, że odtąd będzie zawsze do pracy chodzić w pieluszce. Tak na wszelki wypadek.
“I nie ważne jaki dzień będzie w kalendarzu” – powiedziała sobie w myślach Justysia.

Po powrocie do domu obie przyjaciółki długo spierały się o przynoszącą pecha datę trzynastego w piątek. Justyna – większa realistka – twierdziła, że to były czyste przypadki, ale Ewelina upierała się przy swoim. Wreszcie Justyna zrezygnowana poszła do siebie, a Ewelina, jak to miała w zwyczaju, siadła z książką przy kuchennym stole. Justysia oglądała właśnie telewizję, gdy nagle do jej uszu doleciał potworny pisk. Wręcz nieludzkie wycie. To wrzeszczała Ewelina z kuchni. Justyna wybiegła z pokoju.

Widok jaki zastała sprawił, że aż skręciła sie ze śmiechu. Ewelina stała na taborecie. Na jej spodniach ciemniła sie mokra plama, a jeśli ktoś miał wątpliwości skąd się wzięła, z lewej nogawki kapały ostatnie krople moczu. Dziewczyna wyciągniętą ręką pokazywała coś na podłodze. Justyna spojrzała – obok lodówki kręciła się mysz.
- Co się stało? – zapytała Justyna dla pewności
- Nie widzisz? Tam łazi mysza! – zapiszczała przerażona współlokatorka
- To teraz mamy dopiero “Piątek trzynastego”. – rzekła ze śmiechem Justysia
- Dlaczego dopiero teraz? – zapytała Ewelina, która często nie chwytała dowcipów Justynki.
- Bo tam w drugiej części jest scena, gdy bohaterka uciekała przed Jasonem, no tym mordercą i schowała się przed nim pod łóżkiem. A tam był szczur i ona zsikała się ze strachu, a Jason zobaczył kałużę i omal jej nie zabił. Ale to był szczur, a ty zsikałaś się ze strachu przed małą myszką? A kysz! – zawołała jeszcze Justyna i mysz uciekła. – Jutro kupię łapkę i zastawimy na tę mysz.- zakończyła śmiejąc się Justyna.
- Nie śmiej się bratku z cudzego przypadku – odrzekła zła jak osa Ewelina – bo gdyby nie ja, to do tej pory siedziałabyś w kiblu w biurowcu i czekała aż wyschniesz.
- Masz rację. A powiem ci jeszcze, że ja boję się żab! I gdybym taką tu zobaczyła, pewnie też miałabym mokre majtki. Idź się wykąpać, a potem obejrzymy sobie jakiegoś horrora.
- Ale nie “Piątek trzynastego II”? – zapytała jeszcze dla pewności Ewelina.
- Nie, na pewno nie ten! – zakończyła Justyna, a w myślach dodała sobie, że może jednak coś w tym jest, że piątek trzynastego to pechowy dzień…

About these ads

»

  1. What a information of un-ambiguity and preserveness of precious know-how about unpredicted feelings.

  2. I think this is among the most significant information for me.
    And i am glad reading your article. But wanna remark on some general things,
    The site style is great, the articles is really great :
    D. Good job, cheers

  3. I every time spent my half an hour to read this blog’s articles all the time along with a cup of coffee.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s