Mała, wścibska bratanica

Justyna ze względu na swoją pracę i studia zaoczne (a także z racji swych mokrych pasji) rzadko odwiedzała swoich rodziców. Jedną z niewielu okazji były święta. Tym razem była to Wielkanoc. Justyna postanowiła wyjechać już w Wielki Piątek. Miała nadzieję, że uda się jej wyrwać wcześniej z pracy i nie pomyliła się w rachubach. Było około godziny 13, gdy pan Cezary Wysocki wyszedł z gabinetu i rzekł do swej asystentki:
– Panno Justyno, nie ma pani wrażenia, że jesteśmy jedynymi ludźmi w całym kraju, którzy teraz pracują?
– Może nie jedynymi, ale na pewno jednymi z nielicznych. – uśmiechnęła się Justynka.
– Wobec tego niech pani wezwie wszystkich kierowników działów. Złożymy sobie życzenia świąteczne i zamykamy firmę.
Po kilku minutach zaczęli schodzić się poproszeni pracownicy, a więc: główna księgowa, główny technolog, kierownik marketingu, kierownik działu handlowego itp. Na końcu zjawił się inżynier Marczak, główny mechanik, który mrugnął okiem do Justyny i szepnął:
– Niech pani nie ucieka od razu, mam dla pani niespodziankę.
Justynie nie bardzo podobała się ta poufałość i zaczęła żałować, że spotkała się z natrętnym, jej zdaniem, inżynierem na kawie. Tymczasem jednak prezes poprosił wszystkich do gabinetu. Tam złożył im życzenia świąteczne, polecił przekazać je swoim pracownikom, po czym zakończył:
– Proszę zakończyć bieżące zajęcia i jesteście państwo wolni aż do wtorku.
Tym razem nie było zwyczajowego: „Koniec na dziś, panno Justyno”, gdyż szefa słuchali wszyscy obecni, no i dzień pracy nominalnie się jeszcze nie skończył. Gdy wszyscy wychodzili od prezesa, do Justyny podszedł Marczak i rzekł:
– Pani, pewnie jak zwykle zorganizowana, już zakończyła pracę?
– Tak. Zresztą nie mogę powiedzieć, bym była urobiona po łokcie. Czego pan właściwie ode mnie chce? – zapytała wprost nasza bohaterka.
– Otóż mam dla pani propozycję. Wyjdzie pani ze mną? – rzekł tajemniczo inżynier.
– Chodźmy.
Weszli do biura głównego mechanika. Na biurku leżały kluczyki do auta, dowód rejestracyjny i jakieś papiery. Inżynier Marczak podsunął to wszystko w kierunku Justynki.
– Co to jest? – zapytała
– Volkswagen Polo – odpowiedział Marczak.
– Jaki znów VW Polo? – Justyna nie mogła nic zrozumieć, aż wreszcie ją olśniło: jakieś dwa tygodnie temu rozmawiała z Marczakiem o kupnie samochodu. Czyżby Marczak chciał jej sprzedać tego Volkswagena?
– To właśnie moja niespodzianka. Niech pani tylko podpisze umowę kupna i samochód jest pani.
Justyna przeleciała wzrokiem umowę. Samochód miał już swoje lata, ale cena nie była zbyt wygórowana – 5 tysięcy złotych.
– Nie mam takich pieniędzy przy sobie – rzekła oszołomiona Justyna
– To najmniejszy problem. Chce się pani przejechać? – odparł inżynier Marczak
– Chętnie.
Wsiedli do samochodu. Justyna zajęła miejsce kierowcy. Zapaliła silnik i ruszyła po opustoszałym już parkingu.
– I jak? – zapytał inżynier.
– Cudo. Właśnie czegoś takiego było mi trzeba – rzekła Justynka, czując jednocześnie znajomą wilgoć w okolicach majteczek. – Ale co z pieniędzmi.
– Niech pani podpisze umowę kupna i da mi powiedzmy 500 złotych zaliczki. Resztą zajmiemy się po świętach. Proszę się nie martwić. Znam właścicielkę tego auta i wiem, że nie obrazi się, gdy będzie musiała poczekać na pieniądze kilka dni a nawet i tygodni.
– A kto jest właścicielem? – zapytała Justyna, bo nazwisko Baszkiewicz widniejące na umowie nic jej nie mówiło.
– Moja żona. – odrzekł spokojnie inżynier Marczak.
– Pańska… żona?! – Justyna z wrażenia znów trochę popuściła w majtki – To pan jest żonaty?
– Byłem. Rozwiedliśmy się z Wandą, potem ona znów wyszła za mąż i teraz nazywa się Baszkiewicz – wyjaśnił Marczak.
„Niech to, ciekawe czy te wszystkie babki, które kochają się w Marczaku wiedzą, że to rozwodnik” – pomyślała Justynka, a głośno odważyła się spytać:
– Dlaczego się rozwiedliście?
– Bo to… zła kobieta była – odparł Marczak genialnie naśladując Bogusława Lindę z filmu „Psy”
Justyna roześmiała się i życzliwiej spojrzała na inżyniera
– To co, decyduje się pani? – zapytał Marczak
– Tak. Proszę, tu jest mój dowód osobisty, niech pan wpisze dane do umowy, podpisujemy i…
– … na święta pojedzie pani własnym autem – zakończył
Justyna była zadowolona, że tego dnia było bardzo ciepło, jak na kwiecień i miała na sobie spódnicę zamiast spodni. Bo gdy podpisywała umowę kupna – sprzedaży, znów kolejna porcja złocistego płynu wylądowała w jej majteczkach, które były już bardzo zmoczone.
Kiedy formalności były juz załatwione, Justyna zasiadła za kierownicą „własnego” samochodu. Cudzysłów jest tu na miejscu, bo ani za niego nie zapłaciła, ani go nie zarejestrowała na swoje nazwisko, ale mogła nim jechać, bo formalnie była jego właścicielem. Pojechała do swego mieszkania po rzeczy. Kiedy przybyła na miejsce, postanowiła nie trącić czasu na przebranie się, tylko chwyciła spakowaną poprzedniego dnia walizkę i w mokrych majtkach wróciła do samochodu. Będąc już na dole poczuła, że musi siku.
„Skoro mam już mokre majtki, nikt mnie nie zobaczy, bo pojadę SWOIM samochodem, to zrobię w majtki do końca” – pomyślała.
Szybko przeszła od słów, czy raczej od myśli, do czynów i już po kilku chwilach w miejscu, w którym stała pojawiła się kałuża. Justyna wrzuciła walizkę do bagażnika, a sama zasiadła za kierownicą. Droga, która ją czekała nie była długa, toteż nasza znajoma uznała, że ma dość czasu, by wykorzystać mokre majteczki. Wsunęła więc dłoń pod spódnicę, i odbyła swój normalny w tej sytuacji i wielokrotnie wypraktykowany rytuał. Wszystko zakończyło się głośnym westchnieniem, a gdy już Justyna przeżyła orgazm, była gotowa do jazdy.
W domu swych rodziców zameldowała się jeszcze przed godziną 16. Była pierwsza z gości. Rodzice Justynki ucieszyli się, widząc swą najmłodszą córkę znów pod swoim dachem. Reszta rodzeństwa: najstarszy brat – Robert z żoną i dziećmi, oraz siostra – Hania ze swoim narzeczonym, mieli dojechać nazajutrz.
Kiedy Justynka przywitała się z rodzicami przeszła do swego dawnego pokoju, w którym spędziła dzieciństwo. Wciąż jeszcze miała na sobie mokre majteczki, które jakkolwiek już częściowo wyschły, nadal pieściły jej muszelkę. Postanowiła zatem znów wybrać się do „krainy szczęśliwości”. Fakt, że miała na sobie spódniczkę znakomicie ułatwiał sprawę. Dziewczyna podwinęła spódnicę do góry i położyła się na łóżku. Następnie sięgnęła lewą ręką w swe dolne partie i powolutku rozpoczęła masaż. Po chwili poczuła, że majteczki pod jej dłonią robią się bardziej wilgotne. Tym razem były to jej soki, nie mocz. W tym momencie Justyna włożyła dłoń w majtki i zaczęła wykonywać coraz szybsze ruchy, czując na palcach gorąco dochodzące z jej wnętrza, na wierzchu zaś mokre majtusie. Masując się jęczała coraz głośniej, aż w końcu przypomniała sobie gdzie jest i umilkła. Wreszcie poczuła, że dochodzi. Jęknęła po raz ostatni. Po chwili znów poczuła, że robi jej się mokro. Uczucie wilgoci rozchodziło się po całej bieliźnie, schodząc ku tyłeczkowi dziewczyny, która wciąż leżała na swym łóżku. Justyna przymknęła oczy, ale po chwili dotarło do niej, co robi… Poderwała się na równe nogi, ale pokrywająca łóżko ręcznie robiona na drutach wełniana narzuta była zmoczona w miejscu, gdzie spoczywała jej pupa. Justyna, jak zwykła w takiej sytuacji czynić, sprawdziła swe podejrzenie, które okazało się trafne – zsiusiała się z podniecenia.
-Uff – westchnęła – „to dopiero był orgazm!” – dodała w myślach.
Postanowiła odświeżyć się po podróży. Jej białe majteczki były kompletnie przemoczone, nie mogła ich więc ot tak podrzucić do kosza na pranie. Postanowiła zostawić je w pokoju do wyschnięcia, a uprać następnego dnia.
Tymczasem poszła się wykąpać. Ze swojej walizki wyciągnęła pieluszkę, którą założyła pod piżamkę i tak zaopatrzona położyła się do łóżka. Leżąc czytała jakąś książkę, którą znalazła na półce. Nie zwracała nawet specjalnej uwagi na jej treść. Po prostu przewracała strony i przelatywała wzrokiem po linijkach tekstu. Nie czytanie bowiem było tu najważniejsze, lecz oczekiwanie, aby znów zachciało się jej siusiu. Postanowiła bowiem, że zanim zaśnie, zmoczy pielusię. Tak też w końcu zrobiła…
Nazajutrz Justynka wstała dość wcześnie, bo, choć sypialnie znajdowały się na piętrze, usłyszała gwar. Domyśliła się, że to któreś z jej rodzeństwa przyjechało. Stawiała na swego brata, bo miał on przybyć z całą rodziną, na którą składała się żona (Justyna niezbyt przepadała za swoją bratową) i 3 córki: Ewa, lat 8, Zosia – niespełna 7-letnia oraz najmłodsza, Klara, która urodziła się podczas zeszłorocznej Wielkanocy. Justyna nie była pewna, ale chyba głupie imię, jakie wybrali dla swej najmłodszej pociechy spowodowało, że między nią, a żoną Roberta stosunki nie układały się najlepiej…
Tymczasem okazało się, że to przyjechała Hania, jej starsza siostra, ze swym narzeczonym i dwójką dzieci w wieku mniej więcej zbliżonym do starszych córek Roberta.
Jak się okazało, dzieciaki te to syn i córka siostry Zbyszka – chłopaka Hani. Starsza córka państwa Zielińskich wyjaśniła, że rodzice tych dzieciaków wyjechali na święta na Majorkę, a dzieci podrzucili wujkowi, który nie wiedząc, co z nimi zrobić, przywiózł je z sobą do rodziny swej narzeczonej. Rzecz jasna, jedynie dla Justysi ich przyjazd był zaskoczeniem, albowiem Hania wszystko wcześniej uzgodniła z rodzicami. Dzieci były trochę onieśmielone, ale zaraz ich humory znacznie się poprawiły, bo niemal w tej samej chwili pojawiła się rodzinka Roberta. Średnia jego córka, Zosia, natychmiast zaczęła wodzić rej wśród całej gromady dzieciaków. Wszędzie było jej pełno i nieustannie zmieniając miejsce pobytu, ciągnęła za sobą pozostałe dzieci. W kuchni tymczasem dorośli siedli do szybkiego śniadania, bo czas gonił, a przygotowania świąteczne były jeszcze „w lesie”.
– Justyna, zejdziesz wreszcie i pomożesz nam? – rozległ się głos pana Zielińskiego – poza tym mogłabyś przywitać się z bratem i bratową, nie mówiąc o całej reszcie…
Justyna nie mogła od razu zejść na dół. Miała przecież na sobie mokra pieluszkę, z która nie za bardzo wiedziała, co zrobić. Szybko zdjęła ją, wrzuciła do jakiegoś foliowego worka, który walał się po walizce i założywszy jaką-taką odzież szybko zbiegła do kuchni. Przywitała się serdecznie zarówno z Hanią, jak i z Robertem. Zbyszka cmoknęła w policzek. Najgorzej poszło z powitaniem bratowej. Okazało się, że ich antypatia jest wzajemna, ale na szczęście obeszło się bez zgrzytu. Była w tym zasługa Roberta, który jak mógł, starał się utrzymywać dobre stosunki między swoją żoną a siostrami, które były chrzestnymi ich starszych córek (Hania Ewy, a Justyna Zosi).
Pani Zielińska zasiadła do malowania jajek. Pomagały jej Hanią, najstarsza córka Roberta – Ewa oraz siostrzenica Zbyszka, natomiast Justynie przypadło w udziale przygotowanie „święconki”. Do tej pracy zapędziła także Zosię. Ponieważ w kuchni było gorąco, obie piły duże ilości wody. Kiedy wreszcie koszyczek ze „święconką” był należycie udekorowany i wypełniony odpowiednimi produktami, Robert rzekł:
– To teraz Zosiu powinnaś pójść do kościoła, poświęcić.
– A ciocia pójdzie ze mną? – zapytała Zosia
– Pójdę, pójdę – odpowiedziała zamiast brata sama Justyna
Zosia „skoczyła” jeszcze do toalety, czego Justyna nie zrobiła, poczym obie wyszły. Jak na złość, gdy tylko odeszły spory kawałek od domu, Justysia poczuła znajome skurcze. No tak, złośliwość rzeczy martwych (choć czy część, żywego w końcu, ciała można tak określić?)… Do małego wiejskiego kościółka, do którego zmierzała Justynka i jej bratanica, nie było daleko. Spacerkiem można było pokonać tę drogę w 10 minut. Samo święcenie to około pół godziny. Justyna policzyła, że musi wytrzymać mniej niż godzinę… Tymczasem czuła, jakby wszystko, co tego dnia wypiła od rana, zaczęło wypełniać jej pęcherz moczowy w przyspieszonym tempie. Tak długo jak szły, wszystko było w porządku. Gdy dotarły do kościółka okazało się, że miejsc siedzących nie ma, i cały czas będą musiały stać. Justyna wysłała Zosię bliżej ołtarza, by umieściła koszyczek i tam czekała na koniec, sama zaś stanęła pod ścianą. Wyszedł ksiądz i zaczęły się tradycyjne obrzędy. Justysia nagle ze zgrozą pomyślała o wodzie święconej. Wprawdzie nie bardzo wierzyła w to, że ktoś mógłby zmoczyć się tylko dlatego, że np. usłyszał szum wody, ale wolałaby nie przekonywać się jak jest naprawdę. Udało się. Zobaczyła, że ksiądz wymachiwał kropidłem, strącając krople wody w koszyczki i na zgromadzonych wiernych, a jej jakby nagle odechciało się siku! Zadowolona wyszła z kościoła, aby na zewnątrz poczekać na Zosię. Ta jednak zapodziała się gdzieś i Justyna zaczęła się denerwować. A jak wszyscy pamiętamy: nerwy + Justyna = potrzeba oddania moczu! Justyna nagle doznała wrażenia, jakby ktoś wlał w nią cysternę wody, która przepłynęła przez nią „na wylot”. Tak silnego parcia nie odczuwała jeszcze nigdy. Miała uczucie, jakby miało ją rozerwać od środka. Fala uderzyła w nią tak, że aż się skuliła. Nagle dostrzegła wychodzącą przez boczne drzwi Zosię.
– Zosiu, tutaj! – zawołała i pomachała ręką, ale niezbyt intensywnie, bo w momencie, gdy się wyprostowała, poczuła wyciek.
Zanim jej mała bratanica doszła do niej, Justyna sprawdziła stan swoich majteczek. Były lekko zmoczone. Plama nie była większa niż moneta 10-groszowa. Justyna była jednak ubrana tak, że nie bardzo mogła pozwolić sobie na „ulżenie swej potrzebie”: miała na sobie jeansową spódniczkę na tyle długą, że zakrywała jej niebieskie majteczki, jednak sięgającą grubo nad kolana, gdyby więc doszło do czegoś, każdy kto w owej chwili spojrzałby w jej kierunku, od razu zauważyłby potoki płynące po nogach.
– Ciociu, pójdziemy na lody? – usłyszała nagle głos Zosi.
– Mam lepszy pomysł. Kupimy duże lody dla wszystkich. Jutro zjemy je przy święcie. – odparła Justynka i obie poszły do sklepiku.
Kupiły tam duże lody w pudełku, na którym namalowany był widok Nowego Jorku. Justyna bardzo lubiła tę markę. Zakupy miały jednak jeden podstawowy minus: zabrały sporo czasu, a tego Justyna nie miała zbyt wiele. Wprawdzie po pierwszym potoku, nie popuściła na razie więcej, ale czuła że jej potrzeba stale narasta. Stojąc w kolejce do kasy, Justynka niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, kręciła się i sama nie wiedziała już, co jeszcze mogłaby zrobić bez zwrócenia na siebie uwagi innych klientów, a przede wszystkim Zosi. Ta ostatnia jednak zauważyła dziwne zachowanie swojej ulubionej ciotki, ale nic nie mówiła.
Wreszcie obie wyszły ze sklepu i ruszyły ku domowi państwa Zielińskich. Po drodze gawędziły o tym i o owym. Zosia od września miała zacząć chodzić do szkoły i z przejęciem opowiadała o tym cioci Justynie. Ta od czasu do czasu zadawała jakieś pytanie, ale właściwie to słuchała jednym uchem, bo cały czas myślała tylko o tym, czy zdąży do kibelka… Nagle Zosia powiedziała:
– A wiesz ciociu, u nas w przedszkolu jest taka Ala, która cały czas robi siusiu w majtki!
Justynę oblała fala gorąca. Mimowolnie ścisnęła uda i wyprostowała nogi w kolanach. Zosia zaś trajkotała dalej, obgadując swoją koleżankę, mającą widać problem z trzymaniem moczu:
– … i pani cały czas ją pyta: „Alusiu, nie musisz iść do ubikacji?”, a ona zawsze mówi, że nie, a potem jak idziemy na spacer, albo siadamy do stolików, to Ala ma zawsze mokrą plamę z tyłu.
– A co inne dzieci? – zapytała z udaną obojętnością w głosie Justysia
– Niektóre chłopaki się z niej śmiali, ale pani ich za to skrzyczała. Mówiła, że każdemu zdarzy się czasem zsiusiać w majteczki i nie wolno się z tego śmiać. Ciociu, naprawdę każdemu może się to zdarzyć? – Zosia gadała jak nakręcona, tymczasem Justyna zaczęła nabierać niemal pewności, że jej właśnie zaraz „się zdarzy”.
– A wiesz, że to nieładnie tak plotkować o swoich kolegach i koleżankach? – rzekła aby odwrócić uwagę swej bratanicy, bo właśnie zdała sobie sprawę, że tych kilkuset metrów, jakie dzielą je od domu, już nie pokona w suchych majteczkach!
Zosia zaś, zamiast odpowiedzieć odwróciła się do naszej bohaterki tak, że stanęła dokładnie na wprost niej, a że była mała, jej wzrok padał niemal dokładnie na miejsce, w którym kończyła się spódniczka Justyny. Dziewczynka dokładnie widziała, że po wewnętrznej stronie nóg cioci coś płynie. Strugi zakręcały na kolanach i spływały w dół, mocząc piasek przy stopach, obutych w odkryte sandały.
– Ciociu, coś ci płynie po nogach. Co się stało? – zapytała wreszcie podnosząc głowę do góry.
Justyna zaś była w takim szoku, że nie była w stanie odpowiedzieć… Zosia patrzyła z coraz większym zdziwieniem na siostrę swego taty. Nadal nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, że dorosła ciocia Justyna właśnie zsikała się w majtki, tak jak 6-letnia Ala z jej grupy przedszkolnej. Justynie zaś wróciła mowa:
– Zosiu, miałam mały wypadek. Obiecaj mi, że to będzie nasz sekret.
Ale Zosia nie zrozumiała, więc nie obiecała jej nic.
Gdy obie dotarły wreszcie do domu, Zosia poszła bawić się z innymi dziećmi, Justyna zaś szybko pobiegła na górę, aby nikt jej nie zauważył. Będąc już w swoim pokoju nie omieszkała rzecz jasna zrobić sobie znów tak dobrze, jak dnia poprzedniego. Kiedy skończyła zdjęła z siebie mokre majteczki i zabrawszy także i te, które zmoczyła wczoraj, poszła do łazienki. Nie zdążyła jednak nastawić prania, bo ktoś zawołał ją na dół. Wrzuciła więc obie pary majteczek do pralki i wyszła, wpadając w drzwiach na podrygującą już z niecierpliwości Zosię. Dziewczynka weszła do kibelka, zrobiła co miała do zrobienia i już miała wychodzić, gdy nagle wzrok jej padł na otwarty bęben pralki. Zajrzała do środka. Wewnątrz nie było prawie nic. Jedynymi rzeczami były dwie pary majtek. Jedne z nich były ciężkie i, jak za chwilę stwierdziła rezolutna dziewczynka, mokre. Wydawało się Zosi, że skądś zna te majtki. No tak. Ciocia Justyna miała je na sobie. Zainteresowała się więc drugą parą znalezioną w pralce. Te majtki były wprawdzie suche, ale wyraźny, żółty ślad obejmował prawie całą ich powierzchnię od połowy z przodu prawie do gumki z tyłu. Zosia dawno już nie siusiała w majtki, ale często widywała suszące się majteczki swej koleżanki z przedszkola – też były takie żółte. Zosię olśniło:
– Ciocia Justyna zsiusiała się w majtki!!! To o tym mówiła, że miała wypadek. Te drugie majtki też pewnie są jej – mówiła cicho sama do siebie.
Postanowiła tą wiedzą podzielić się z innymi, jednak w sobotę już nie zdążyła.
Rano wszyscy spożywali uroczyste świąteczne śniadanie. Pomiędzy wieloma tematami poruszanymi przy stole, Justyna usłyszała nagle pytanie, którego nigdy nie lubiła:
– Stynko, a ty nie zamierzasz wyjść za mąż? – to pytała mama Justyny, która swą córkę pieszczotliwie nazywała „Stynką”, a to dlatego, że mała Justysia, zapytana jak ma na imię tak właśnie się przedstawiała.
– Mamo, nie czas teraz na takie rozmowy – odparła zapytana.
Nagle Zosia odezwała się:
– A ja wiem, czemu ciocia Justyna nie ma męża!
Justyna omal nie zadławiła się ostatnim kęsem poświęconego jajeczka. Opanowała się szybko i rzekła:
– Zosiu, chodź ze mną do kuchni, podzielimy nasze lody dla wszystkich.
Bratanica posłusznie wyszła za swą ciocią.
– To dlaczego twoim zdaniem nie mam męża? – zapytała ze złością
– Bo siusiasz do majtek, tak jak Alka! – rzekła bezczelnie mała, wścibska dziewczynka
– To był wypadek, mówiłam ci. Poza tym widzisz sama, że każdemu się może zdarzyć, nawet mi, albo i tobie.
– Ale ja znalazłam twoje majtki w pralce. Dwie pary. Te drugie też były obsiusiane! Ciocia siusia w majtki! – wołała Zosia, a Justyna rozpaczliwie spoglądała na drzwi, czy ktoś nagle nie wejdzie. Nikt na szczęście się nie zjawił.
– Zosiu, proszę cię nie mów nikomu o tym co znalazłaś. Ani twoim rodzicom, ani babci, ani dziadkowi, ani Ewie. Proszę cię. Niech to będzie naszą tajemnicą – Justynka czuła, że robi się na twarzy czerwona jak dobrze ugotowany rak. Zosia patrzyła na nią w milczeniu
– Ale powiedz. To dlatego nie masz męża? – spytała wreszcie mała
– Nie. Nie dlatego. Poza tym … – ale co „poza tym”, tego Zosia się nie dowiedziała.
– No dobrze ciociu, nie powiem, a kupisz mi coś? – zapytało dziecko
– A co byś chciała?
– Twilight – odparła Zosia
– Twilight? Co to jest?
– My Little pony. To taki kucyk z bajki. Możesz mi go kupić na urodziny.
– Załatwione – rzekła Justynka
Nasza przyjaciółka była bardzo zadowolona z tego, że uratowała skórę. Teraz zabrała się do porcjowania lodów. Kiedy lody znalazły się już w pucharkach, Justyna wysyłała Zosię do salonu, aby podawała smakołyk wszystkim. Sama czekała, aż ochłonie i jej twarz znów nabierze normalnego odcienia.
Zosia rzecz jasna nie wytrzymała i wypaplała o swym znalezisku innym dzieciom, ale te jej nie uwierzyły.
– Mówię wam – perorowała Zosia – ciocia Justyna zrobiła siku w majtki. Sama to widziałam. Potem znalazłam w pralce jej majteczki. Całe mokre. I drugie, tamte już wyschły, ale też były zsiusiane.
– E tam. Kłamiesz – rzekła Ewa, siostra Zosi.
– Nie wierzycie mi? – zapytała Zosia pozostałe dzieci
Ale dzieciaki, które przyjechały z Hanią i jej chłopakiem milczały. Zosia namówiła je, by poszli do łazienki.
Wszystkie pobiegły więc za swoją liderką, ale Justyna była szybsza i w porę zabrała i jeden, i drugi dowód rzeczowy, ukrywając je w swojej torbie podróżnej. Z całej tej przygody najbardziej zadowolona była z tego, że udało się jej ukryć fakt, że śpi w pieluszkach. I nie tylko w nich śpi, ale również wykorzystuje do tego, do czego zostały wymyślone. A w wielkanocny poniedziałek, kiedy już wszyscy żegnali się „do kolejnych świąt” Justyna szepnęła Robertowi:
– Masz strasznie wścibską córkę. Uważaj na nią, bo wszystkie sekrety wyśledzi.
– Wiem – odparł starszy brat.

About these ads

8 responses »

  1. Mr.X pisze:

    Justyna, nowy odcinek, fantastycznie. Bardzo ciekawa część. Czekam na dalsze losy, oczywiście nie tylko Justyny, ale również Luli, Sióstr, Pieluszek i innych dziwactw.

  2. Piiiiiiiiiiiiiszcieeeeeeeeeee!!!

  3. porzucacie bloga? pisze:

    porzucacie bloga?

  4. Żegnajcie, opowiadania. Ola odeszła, Tomek strajkuje…

  5. Jak już przestajecie pisać, to chociaż napiszcie tu o tym, bo niektórych to wkurza, że nie wiedzą, czy jeszcze cokolwiek napiszecie i czekają.

  6. Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam Spam

    Co, mamusia odkryła wasze pieluszki, olu i tomku?

  7. kajtuś pisze:

    znalazłem nowe forum o AB/DL:) może tam zaczniecie pisać historie, bo są fajne! http://www.smoczek.4um.pl no piszcie plisssss!

  8. Anonim pisze:

    Super!!!. Przeczytałem w mojej „big” pieluszce (4 tetrowe i na to seni) i jak nigdy bez problemu zrobiłem siusiu. Dzięki!!!!. Jestem początkującym i mam dość duży problem z siusianiem w pieluszkę , a tu BEZ PROBLEMU poszło. Pisz dalej a ja kupię więcej pieluszek!!!!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s